Polski Niemiecki stat4u

Safari  >>  Gospodarstwo ekologiczne rodziny Rudziewiczów

Materiał wideo

Player will show here

Raj dawniej przeklęty

Bezkrware Safari

Jeep tonie w wysokich trawach i pionowo stacza się w dół, wprost na bagna! Przed maską rozbiegają się stada spłoszonych jeleni i danieli. - To nie zoo, to safari! - wyjaśnia zza kierownicy swojego samochodu Tadeusz Rudziewicz, który w samym centrum Mazur Garbatych k. Gołdapi stworzył prowdziwe królestwo zwierząt. Dziwne to miejsce, gdzie w największej dziczy Puszczy Rominckiej goście z Europy, Ameryki i Australii strzelają nie ostrą amunicją, ale migawkami aparatów fotograficznych.

Ręczna robota

Bezkrwawe Safari

Okolice Gołdapi, północno-wschodnia Polska. Niezwykły region Pojezierza Mazurskiego, tuż przy granicy z obwodem kaliningradzkim: 400 km kw. niespotykanych w tym regionie wzniesień. Trzy góry: Szeska, Tatarska i Gołdapska.
O świcie jest najlepszy moment, żeby zobaczyć najwięcej. Za wzniesieniami Tatarskiej Góry rozciąga sie spowita mgłami, baśniowa dolina. Z wolna z mlecznych oparów wyłaniają się wielkie tafle wody. Wokół brzegów na przemian: las, bagniste uroczyska i falujące zielone zbocza, na których pasą się dzikie zwierzęta! Jak okiem sięgnąć, wszystko stworzyła natura i ręka Tadeusza Rudziewicza wraz z rodziną.

Ziemia niechcianych

Tadeusz Rudziewicz. 54 lata. Myśliwy. Biznesmen. W Gołdapi mówią o nim: "do czego się dotknie, zmienia w pieniądze", ale też: "fantasta", "wizjoner", "marzyciel" i najważniejsze: "co wymyśli to zrobi". Gdy po 1989r. w Polsce upadły PGR-y, on kupował od państwa tutejsze, niedostępne tereny. Nikt ich nie chciał! Mówiło się "To przeklęta ziemia", "Tu nie wjedzie traktor. Tu nic nie wyrośnie".

Zakątek osobliwości

Safari, które organizuje dla turystów Rudzewicz, poważnie wzbogaca ofertę turystyczną Mazur Garbatych, reklamowanych jako "Kraina Łowców Przygód". Ten malowniczy, pełen osobliwości zakątek Polski, przed wiekami zamieszkiwany przez Krzyżaków i Tatarów, jest obecnie odwiedzany przez Niemców i Polaków.

Puszcza Romincka

Na północy rozciąga się Puszcza Romincka. Równie dzikich terenów jest już w Europie niewiele. Puszcza ma swoje muzeum w Niemczech i legendę: Cesarz Wilhelm II traktował ją ponoć jako swój teren łowiecki. Upolowane tu jelenie upamiętniał kamieniami z wyrytymi napisami. Z kolei pruski junker Firdich von Vareheid wybudował w 1811 r. w Rapie rodzinny grobowiec w kształcie 14-metrowej piramidy. Pochowane w niej ciała uległy samozabalsamowaniu (to ponoć efekt oddziaływania energii wewnątrz piramidy, dlatego grobowiec coraz częściej jest przedmiotem zainteresowania egiptologów).

Stańczyki

Atrakcją tego regionu są także gigantyczne bliźniacze mosty w Stańczykach (150 metrów długości i 31,5 wysokości). Pierwszy, tj. północny, został zbudowany w latach 1912 - 1914, natomiast południowy w latach 1923 - 1926. Użytkowane przez kolej bardzo krótko, dziś służą tym, którzy potrzebują silnej dawki adrenaliny. Za kilkanaście złotych można skoczyć na bungy lub bujać się na linie tuż nad przepływającą dołem rzeką Błędzianką.
Mazury Garbate to szeskie wzgórza z urokliwą Piękną Górą pod Gołdapią. Gołdap nazwana jest czasem Zakopanem północy. Informacja dla entuzjastów zimowych sportów: w Gołdapi są trasy narciaskie długości 1100 i 600 metrów, wyciąg krzesełkowy oraz całoroczny tor saneczkowy). Do Gołdapi przyjeżdża się też na Konkurs Krzyków i Mistrzostwa Świata w Jedzeniu Kartaczy - potrawy, która ponoć nigdzie indziej w Polsce ani na świecie nie smakuje tak dobrze, jak tu!

Eden za płotem

Eden za płotem

Wysokie, wyposażone w system alarmowy ogrodzenie i wrota z napisem: "Wejście na teraz grozi atakiem dzikich zwierząt". Ciarki przechodzą po plecach. Oto bramy raju! Trudno oprzeć się skojarzeniom z "Parkiem Jurajskim" Spielberga.
- Ze mną w samochodnie nic wam nie grozi - uspokaja brodaty Tadeusz Rudziewicz, ubrany w spodnie w wojskową panterkę i myśliwski kapelusz.
- Ale jeśli ktoś wejdzie tu sam, nie będzie czuł się bezpiecznie. To dzikie zwierzęta i zachowują się jak na wolności. Przed laty trzeba było zastrzelić jelenia, który wziął na rogi pracownika parku i wlókł przez 200 metrów.
Z początku jechaliśmy po ubitej drodze, obserwowaliśmy dzikie konie Przewalskie. Po chwili jednak nasz wóz terenowy wspiął się na wzgórza, by zaraz potem rozpędzony lecieć w dół na łeb i szyję.
- Właśnie za taki zastrzyk adrenaliny płacą turyści - śmieje się Rudzewicz.
Tadeusz Rudzewicz przyznaje, że park nie przynosi jeszcze zysków. Rodzina utrzymuje się więc z handlu oraz budowy dróg i stawów. On jednak najwięcej czasu poświęca zwierzętom. Na wyspie, za zwodzonym mostem, przyjmuje gości tych, którzy - na specjalne zamówienie - chcą spróbować wędzonych na miejscu ryb, bigosu z dziczyzną, domowych pasztesztów albo pieczeni z dzika.

Safari

Safari

Nasz terenowy samochód niemal pionowo stacza się z góry i z impetem nurkuje w głębokich trawach podmokłej łąki. "Jeszcze sekunda i ta kupa żelastwa nas przygniecie!" - myślę, ale udaję twardziela. Za chwilę wpadam jednak w zachwyt, bo przed nami rozbiega się stado spłoszonych jeleni. Widoki jak z bajki... Rudziewicz, 54-letni brodaty mężczyzna, cieszy się jak dziecko.
- To nie zoo, to prawdziwe safari! - woła i nie bacząc na nasze przerażenie pakuje 25-letniefo Uaza w najwieksze bagna.
Wjeżdżamy na teren, po którym biega 500 matek danieli, 100 matek jeleni europejskich, 50 matek jeleni mandżurskich, dzikie konie Przewalskiego i tarpan. W oddzielnej kwaterze w lesie żyje potężne stato dzików i świniodzików (krzyżówka hodowlanej świni z dzikiem). Są też żurawie, czaple, kormorany i orły bieliki.
- Czy cos nam grozi?
- Ze mną w samochodzie nic - wyjaśnia pan Tadeusz.
- Ale to są dzikie zwierzeta i zachowują się jak na wolności. Kiedyś jeden z jeleni wziął mojego pracownika na rogi i wlókł go dwieście metrów. Zwierzę musiałem zastrzelić. Ktoś, kto wszedłby tutaj sam, nie może czuć się bezpiecznie - mówi.

Safari

Wjechaliśmy w las i przez największe chaszcze i mokradła zaczęliśmy przedzierać się do kwatery z dzikami. W obecnośsi Pana Rudzewicza, z duszą na ramieniu przedostaliśmy się po drabinie na drugą stronę drewnianego ogrodzenia. Dziki były spokojne. Jeden oswojony zdecydował się do nas podejść. Frajdą było podrapać go za uchem...
- Jedziemy na poszukiwanie Kuby - zdecydował Rudziewicz.
- Kuba to oswojony jeleń. Jeśli będzie miał ochotę, podejdzie do samochodu. Ale biada temu, kto zbytnio się z nim spoufali. Nie zawaha się wtedy i zaatakuje rogami. Nawet, gdy ich nie ma (jelenie zrzucają je raz do roku), posługuje się przednimi nogami jak maczugami.
Przed nami przemknęła pstrokata łania jelenia mandżurskiego. Ale prawdziwy rarytas czekał na nas za chwilę. W stawie pławilo się stado jeleni europejskich z cielętami. Nim spłoszone zwierzęta wydostały się z wody, zdążyliśmy zrobić kilka zdjęć. Ale Kuba wtedy się nie pokazał...
Jeleń pojawił się za nami niepostrzeżenie. Z początku nieufny, powoli zbliżał się do samochodu. Najpierw przywitał się z Rudzewiczem. Potem przesunął się do nas. Powąchał.. Mogliśmy złapać go za delikatne, jakby aksamitne, miękkie jeszcze rogi. Na mocniejszy uścisk natychmiast odpowiedział ostrym pchnięciem łba. Zadziorny zwierzak wyczuł, że może nas postawić na baczność, i nie pozwalał zbliżyć się w jego stronę.

Do góry